Z sekretarzem generalnym Prawa i Sprawiedliwości
Joachimem Brudzińskim, żoną Arlettą oraz córkami Kalinką i Jagienką rozmawia Mariusz Bober
Mówi Pan o sobie, że jest "Lachem sądeckim". Co to znaczy? Czy to tylko odniesienie do Pana rodzinnych stron, czy coś więcej?
- Dla ludzi z centralnej Polski czy z Pomorza wszyscy mieszkający na południu kraju to górale. Jednak górale dzielą się przynajmniej na kilka grup. Są górale żywieccy - z Beskidu Żywieckiego, Orawioki, najbardziej rozpoznawani są górale skalni, z Podhala, przez nas nazywani Oscypkami. Są też górale spiscy, pienińscy. Następnie są górale sądeccy, inaczej zwani Lachami. Nazywani jesteśmy tak dlatego, że przed wojną sąsiadowaliśmy z Rusinami, z Łemkami [którzy nazywają Polaków Lachami - przyp. red.]. Ja czuję się sądeckim Lachem. To właśnie nasze stroje słyną z tego, że są najbardziej zdobne. Mój tata i mama pochodzą z uroczej wioski Trzycierz w gminie Korzenna. Tam są moje korzenie. Tam jest pochowany mój tata - na cmentarzu parafialnym w Siedlcach, gdzie spoczywają również moi dziadkowie. Są to okolice Nowego Sącza, tam pozostawiłem swój dom rodzinny. Dzisiaj czuję się w równym stopniu Lachem i szczecinianinem. W Szczecinie ukończyłem studia i założyłem rodzinę. Mieszkam w tym pięknym polskim mieście już od wielu lat. Dzisiaj moją małą ojczyzną jest szczecińskie Pogodno.
Decyzja o jego opuszczeniu była trudna dla rodziny?
Arletta Brudzińska: - Do pewnego stopnia tak, ale mąż uprzedził mnie, gdy jeszcze był lokalnym działaczem, że jego aktywność polityczna może przynieść nam różne zmiany...
Jak dziewczynki przyjęły te zmiany? Podoba Wam się Warszawa?
(Młodsza córka Jagienka milczy zawstydzona, odpowiada starsza).
Kalinka Brudzińska: - Tak! Ja lubię chodzić do przedszkola. W naszym przedszkolu był Papież!
Kiedy?
AB: - Kardynał Karol Wojtyła ostatnią noc w Polsce przed wyborem na Stolicę Piotrową spędził w klasztorze Sióstr Urszulanek na warszawskim Powiślu. Siostry prowadzą przedszkole, do którego chodzi Kalinka.
Państwu również podoba się Warszawa? Tutaj pozostaniecie?
AB: - Dopóki jestem na urlopie wychowawczym i - ze względu na pracę męża - raczej tutaj zostaniemy. Początkowo dojeżdżał do nas do Szczecina, ale to było zabójcze dla rodziny, ciągle go nie było w domu, co odczuwały zwłaszcza dzieci.
Teraz jest lepiej? O to chyba najlepiej spytać dziewczynki.
KB: - Taty długo nie ma w domu, chciałabym, żeby więcej się z nami bawił. (Wzrok Jagienki nie pozostawia złudzeń, że myśli podobnie).
Co na to tata?
JB: - Cały czas zadaję sobie pytanie, czy to polityczne zaangażowanie nie jest kosztem moich córeczek. Cały czas mam obawy, czy nie będę żałował czasu, którego nie poświęciłem swoim dzieciom.
KB: - Tata, możemy obejrzeć dobranockę?
JB: - Oczywiście, moje Słoneczko.
To może jeszcze trochę zwierzeń. Gdyby kiedyś zdecydowali się Państwo na opuszczenie Warszawy, to wybór będzie między powrotem do Szczecina i na Sądecczyznę?
JB: - Im dłużej mieszkałem w Szczecinie, tym trudniej było mi stwierdzić, że wracam do Nowego Sącza, co wcześniej uważałem za naturalne. W Szczecinie urodziły się nasze córeczki. Teraz tam jest nasze miejsce na ziemi. Na Sądecczyźnie zostawiłem najlepszych kolegów. Zostawiłem ich jednak także w Szczecinie i Świnoujściu. Jeden z nich kieruje dziś największymi tankowcami na świecie, zajmuje się zaopatrywaniem Japonii w ropę. Sądecczyzna i Szczecin to jednak dwa oddzielne światy. Uważam się za człowieka gór i morza. Jedno i drugie wymaga pokory i odpowiedzialności. Odpowiedzialności za siebie i za drugiego.
Czy ta miłość do Sądecczyzny to tylko nostalgia za rodzinnymi stronami, czy coś więcej?
JB: - Każde wakacje, święta spędzam na Sądecczyźnie. Jestem zafascynowany tą ziemią także ze względu na jej historię. Jestem nią zafascynowany również dzięki Kościołowi. Wakacje spędzałem na oazach organizowanych w Beskidzie Sądeckim przez ordynariusza diecezji tarnowskiej ks. abp. Jerzego Ablewicza. Tradycje tej ziemi są niezwykle bogate. Mieliśmy zwyczaj z moimi przyjaciółmi, że w każdą sobotę wielkanocną objeżdżaliśmy wioski sądeckie i oglądaliśmy Groby Pańskie. W wielu tych miejscach ludzie zajmują się sztuką ludową: malują na szkle, rzeźbią.
Tradycja tej ziemi to także historia kurierów sądeckich. Były dwa szlaki przerzutu "bibuły" i ludzi w czasie II wojny światowej - szlak tatrzański i właśnie sądecki - przez Eliaszówkę, Suchą Dolinę. Ja ukończyłem Szkołę Sportów Letnich im. Bohaterów Sądecczyzny w Nowym Sączu, słynną "Piętnastkę". To właśnie tej szkole zawdzięczam ukochanie Sądecczyzny. Każde ferie spędzaliśmy na obozach sportowych. Co prawda były to czarne (osiemdziesiąte) lata siermiężnego komunizmu. Jednak w tej szkole czuło się takie tchnienie wolności.
A dlaczego góral sądecki został marynarzem?
JB: - To jest owoc przede wszystkim lektur i przeświadczenia, że morze to taki żywioł, który daje to, co u nas na południu nazywa się "ślebodą", czyli wolność. Jednak zdecydowały o tym lektury...
Jakie?
JB: - Przede wszystkim książki Karola O. Borchardta: "Krążownik spod Samosierry", "Szaman Morski", "Znaczy kapitan". Oprócz tego interesowałem się historią w szkole podstawowej. Dużo czytałem o polskich marynarzach podczas II wojny światowej: słynna ucieczka ORP "Orzeł" z Tallina bez map, odyseja naszych podwodniaków na Morzu Śródziemnym, słynne konwoje do Murmańska, walki ORP "Błyskawica". To zdecydowało, że już w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej zdecydowałem, że chcę zostać marynarzem. Ale pojawił się problem - w tym czasie zlikwidowano liceum morskie. Dlatego znalazłem się w szkole rybołówstwa morskiego w Świnoujściu. Znalazłem się tam przez przypadek, bo nie miałem zielonego pojęcia o rybołówstwie dalekomorskim. Skończyłem jednak tę szkołę, zdobyłem zawód technika nawigatora. Ten czas był trudny, także pod względem wychowawczym. Byłem młody, nie do końca ukształtowany, pełen ideałów i miałem trochę przelukrowaną wizję tego, czym jest zawód marynarza. Wpadłem też w specyficzne środowisko. To była szkoła mundurowa, gdzie była fala. Starsi koledzy niejednokrotnie bili młodszych. Mój problem sprowadzał się do tego, że ukończyłem szkołę sportów letnich i byłem wysportowany, trenowałem judo. Miałem w internacie kolegę, który był mistrzem Polski w tej dyscyplinie, i po prostu biliśmy się ze starszymi kolegami. Nie zawsze byłem grzecznym uczniem w tym czasie. Pojawiły się problemy wychowawcze. Trafiłem jednak na wspaniałych pedagogów i ostatecznie ukończyłem szkołę z wyróżnieniem. Byłem nawet nominowany do nagrody ministra edukacji dla młodzieży szczególnie uzdolnionej. Mówię to nie po to, by się chwalić, tylko po to, aby przypomnieć to jednemu panu, który na łamach urbanowego brukowca zrobił ze mnie zabijakę i złodzieja. Był jednym z tzw. wychowawców, który zmuszał do zdejmowania krzyży ze ścian w pokojach w internacie. Przypomniał sobie o mnie, gdy trafiłem do polityki. Dzisiaj jest lokalnym działaczem SLD. Wybaczam mu po chrześcijańsku zarówno to, co wyrabiał 20 lat temu, jak i to, co do dziś wygaduje pod moim adresem. Po ukończeniu szkoły średniej rozpocząłem studia na wydziale politologii Uniwersytetu Szczecińskiego. Ukończyłem także podyplomowe studia pedagogiczne. Na studiach utrzymywałem się w ten sposób, że podczas wakacji - miałem już wówczas uprawnienia marynarza, potem starszego marynarza - wypływałem na kontrakty.
Daleko?
JB: - Byłem w Ameryce Północnej, Południowej, praktycznie na wszystkich kontynentach, prócz Antarktydy.
Skąd pomysł stworzenia ośrodka pomagającego marynarzom?
JB: - Po studiach odbyłem siedmiomiesięczny rejs. Po nim otworzyłem Morskie Centrum Informacji Zawodowej. Prowadziliśmy szkolenia językowe dla marynarzy, a przede wszystkim dla rybaków, głównie z przedsiębiorstw, które w tym czasie upadły. Pomysł był odpowiedzią na to wyzwanie. Nawiązałem współpracę z agencjami, które rekrutowały polskich marynarzy do pracy na statkach obcych bander, a także ze związkami zawodowymi starającymi się pomóc marynarzom. Współpracowaliśmy m.in. z marynarską "Solidarnością", jak również ze Związkiem Zawodowym Marynarzy i Rybaków Kontraktowych. Pomogliśmy kilku tysiącom ludzi. Wielu z nich dzięki szkoleniom, które prowadziliśmy, znalazło pracę.
(Nagle wbiega Jagienka, młodsza córka, z zabawkową koroną na głowie).
KB: - Tata, widzisz?
JB: - Moja piękna królewna! Brawo! Dobranocka już się skończyła?
(Ściska ojca, ale ledwie zamyka za sobą drzwi, do pokoju wbiega starsza córka, Kalinka, również z koroną na głowie).
KB: - Ja też jestem królewną!
JB: - Brawo, moja druga królewno! Pozwolisz nam dokończyć rozmowę?
Chcecie powiedzieć, że teraz tata powinien się pobawić, zamiast marnować czas na niezbyt ciekawą rozmowę?
AB: - Nawet gdyby nie było tego wywiadu, mąż i tak szybciej nie wróciłby do domu.
W takim razie czuję się trochę usprawiedliwiony... Po doświadczeniach z pomocą dla marynarzy zorientował się Pan, jakie są największe potrzeby ludzi morza i wyzwania stojące przed nimi oraz polską gospodarką morską?
JB: - Wiele osób zarzucało nam, że specjalnie utworzyliśmy Ministerstwo Gospodarki Morskiej, nazywano je ministerstwem od ryb. Mówiono, że zorganizowaliśmy je specjalnie dla LPR. Tymczasem Polska również dziś potrzebuje takiej wizji, jaką miał Eugeniusz Kwiatkowski. Znamienne jest, że dzięki staraniom pani dyrektor Ludmiły Rachwał szkoła morska, w której się uczyłem, otrzymała imię Eugeniusza Kwiatkowskiego. Potrzebujemy obecnie takiego Kwiatkowskiego, który pokaże, jak i jakie korzyści kraj mógłby osiągać dzięki dostępowi do morza. Wszystkie państwa, które postawiły na politykę morską, zyskały na tym. Pierwszy cel to powrót polskich statków pod narodową banderę, drugi - udrożnienie polskich portów, trzeci - utrzymanie naszych stoczni, a czwarty - ochrona interesów rybaków.
Jak to można wykonać?
JB: - Choćby poprzez dobór odpowiednich ludzi na odpowiednie stanowiska. Na początku aktywnie włączałem się w prace nad powołaniem Ministerstwa Gospodarki Morskiej i popierałem utrzymanie jego autonomii. Jednak później było wielkie nic. Co zobaczyliśmy? Desant wszechpolaków na ten resort. Byli to niestety ludzie, którzy mieli tyle wspólnego z gospodarką morską, ile ja z teologią islamską. Zresztą - gdy zawieraliśmy koalicję - chcieli też przejąć inne resorty, m.in. siłowe, ale nie zgodziliśmy się na to. Dziś wiemy już, że doszło do wielu zapóźnień w MGM. Tymczasem nie ma obecnie ważniejszej inwestycji na polskim Wybrzeżu, choćby ze względu na bezpieczeństwo energetyczne, niż budowa gazoportu w Świnoujściu. Wszelkie zapóźnienia w tej dziedzinie są karygodne. Dziś nowy minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk robi wszystko, by to nadrobić.
Pan nie chciał zostać ministrem gospodarki morskiej?
JB: - Chciałem, ale pan premier, a zarazem szef naszej partii Jarosław Kaczyński wyznaczył mi inne zadania. Wie pan - w partii jak na statku, porządek musi być (śmiech). Mówi się, że to najmniejsze ministerstwo i najmniej istotne, ale gdybym miał do wyboru każdy z innych resortów, wybrałbym ten.
Nawet gdyby stał się np. departamentem w ramach Ministerstwa Gospodarki?
JB: - Nawet wtedy. Ale uważam, że ta gałąź gospodarki zasługuje na swoje ministerstwo. Do tej pory zabrakło człowieka o wizji Eugeniusza Kwiatkowskiego. Obecnie, moim zdaniem, takim człowiekiem jest premier Jarosław Kaczyński. Dla mnie jest budujące, że obecny premier, jeszcze zanim wygraliśmy wybory, dostrzegał znaczenie morza. Przyjeżdżał wtedy do Szczecina i mówił, że jedną z najważniejszych inwestycji w tej części Polski jest budowa drogi ekspresowej S3, łączącej Szczecin m.in. z północnymi Czechami, aby połączyć ten port z południem Europy i uczynić konkurencyjnym z portami niemieckimi.
Do nowego ministra gospodarki Marka Gróbarczyka ma Pan pełne zaufanie?
JB: - U nas mówi się, że "z tym człowiekiem poszedłbym w góry", to znaczy jest on godny zaufania. Z obecnym ministrem gospodarki morskiej nieraz byłem w górach, pływałem z nim również podczas studenckich praktyk na "Darze Młodzieży". Jego pierwsze decyzje pokazały, że ten resort może być szansą dla polskiej gospodarki. Jeżeli uruchomi się możliwości, które daje polskie morze, stocznie, żegluga, rybołówstwo, to tylko będziemy odcinać kupony od tego. Nie wyobrażam sobie, byśmy na tym nie zyskali.
Dlaczego ostatecznie wybrał Pan politykę?
JB: - To było naturalne. Wynika ło z moich zainteresowań. Przecież studiowałem politologię. Poza tym pracowałem jako dziennikarz. Dziennikarstwo wciągnęło mnie, zwłaszcza praca radiowca. Jednak jeszcze bardziej wciągnęła mnie polityka, i to już podczas studiów. Związałem się z Porozumieniem Centrum. Pomagałem przy organizowaniu kampanii wyborczych.
A dlaczego wybrał Pan akurat Porozumienie Centrum?
JB: - Nie było innej alternatywy. Miałem pójść do Unii Demokratycznej?
Bracia Kaczyńscy już wówczas byli na czarnej liście polityków i mediów?
JB: - Tak. Stukałem się wtedy w czoło, rozmawiając z kolegami na studiach i w redakcji Polskiego Radia Szczecin (którego przez parę lat byłem współpracownikiem), gdy powtarzali "mądrości" "Gazety Wyborczej" i "Nie" na temat braci Kaczyńskich i Porozumienia Centrum. Po latach wyszło, że to ja miałem rację.
Wybór Pana osoby na stanowisko sekretarza generalnego PiS to kolejny przykład, że partia ta stawia na młodych, na nową generację polityków?
JB: - Dziękuję za stwierdzenie, że jestem człowiekiem młodym. Ale w rządzie mamy bardzo wielu młodych ludzi, np. 26-letniego ministra w kancelarii premiera Jana Dziedziczaka. Niewiele ponad dwadzieścia lat ma Max Kraczkowski - szef sejmowej Komisji Gospodarki. Szansa dana mi przez prezesa Kaczyńskiego jest szansą budowy na scenie politycznej czegoś nie tylko na jedną kadencję. Nie chcę uprawiać doraźnego partyjniactwa - wejścia do Sejmu na jedną kadencję.
Czyli Panu też marzy się, podobnie jak premierowi Kaczyńskiemu, budowa dużej ludowo-chadeckiej partii, czegoś w rodzaju niemieckiej chadecji?
JB: - To nie ma nic wspólnego z marzeniami, dostałem zadanie i wraz z gronem wspaniałych ludzi pod nadzorem kierownictwa partii to zadanie realizuję.
Jednak jeśli obecne sondaże okażą się trafne, przez najbliższe cztery lata Pan i Pańscy koledzy będziecie się mogli wykazać najwyżej krytyką "różowej" - jak to określa marszałek Ludwik Dorn - koalicji, która może przejąć władzę?
JB: - Spokojnie. Na razie Platforma Obywatelska dopiero otrząsa się po naszej konwencji wyborczej w Gdańsku. Ich plan jest prosty. Doprowadzić do rządu mniejszościowego, na każdym posiedzeniu Sejmu robić totalną jatkę i wpuścić nas w taką spiralę, w którą wpadła AWS po półmetku swoich rządów. Wtedy nawet maksymalna mobilizacja nie powstrzyma spadku poparcia dla partii. Chodzi o trwałe wyeliminowanie nas ze sceny politycznej. Domagając się komisji śledczych, grożą urzędnikom średniego szczebla prokuratury i sądów: nie wychylajcie się, bo po wyborach to my przejmiemy władzę i wszystko sprawdzimy. Konsekwencją tego byłaby stagnacja - nie moglibyśmy zrobić nic dla kraju. To przekładałoby się też na spadek notowań prezydenta Lecha Kaczyńskiego i mogłoby oznaczać pozbawienie go szansy na reelekcję. My nie idziemy do wyborów, by je przegrać. Ale gdybyśmy nawet ich nie wygrali, mając silnego prezydenta, mielibyśmy pewność, że będą musieli się z nami liczyć.
Grozilibyście wtedy paraliżem władzy, podobnie jak dziś próbuje to robić opozycja?
JB: - Nie, nie chodzi o totalną destrukcję. Proszę pamiętać, że jedyną osobą mającą pełną wiedzę o tym, co dzieje się w państwie, jest prezydent. To właśnie denerwuje postkomunistyczny układ. Licząc na poparcie głowy państwa i mając silny klub w Sejmie, bylibyśmy w stanie kontrolować rządzących o wiele skuteczniej, niż robiliśmy to przed kilkoma laty, gdy był lewicowy rząd i prezydent. Ale mimo wszystko to czarny scenariusz. A scenariuszy jest kilka. W tym kontekście warto np. postawić pytanie o spójność PO, gdyby jej władze chciały zawrzeć po wyborach sojusz z postkomunistami. Jestem przekonany, że większość elektoratu tej partii jest przeciwna takiej koalicji. Moim zdaniem, w Platformie jest wielu uczciwych Polaków, którzy może zostali zwiedzeni jakąś liberalną retoryką, ale są to ludzie przyzwoici.
Czyli według Pana, w PO dojdzie do podziału w przypadku ewentualnego zawarcia koalicji z LiD?
JB: - Oczywiście, że tak.
Jednak obecna ostra retoryka, choćby wypowiedzi z ostatnich konwencji PO i PiS liderów obu partii sprawia, że raczej mało realne wydaje się powyborcze porozumienie tych partii?
JB: - Ja takich ostrych tonów nie dostrzegam, przynajmniej w wypowiedzi premiera.
A Donalda Tuska?
JB: - On popełnia ten sam błąd, który zrobił w poprzedniej kampanii wyborczej. Jeżeli dwie godziny przed naszym spotkaniem rzuca stwierdzenie, że w Hali Olivii zbierają się ci, którzy zdradzili Polskę oraz ideały "Solidarności", a tymczasem obok Jarosława Kaczyńskiego pojawiają się tacy ludzie, jak były premier Jan Olszewski czy Jerzy Kropiwnicki, to kompromituje się zarówno Tusk, jak i jego doradcy.
Czyli według Pana cała ta konfrontacja to skutki wojny z "układem"?
JB: - Również te wydarzenia pokazują, że wciąż mamy słabe państwo. Gdy przygotowywaliśmy się np. do twardych negocjacji z Brukselą i pan premier prosił o przedstawienie stanowisk, dostawał wówczas informacje: nie ruszać tego, nie zadrażniać. Takie było stanowisko tej geremkowszczyzny w MSZ. Taka była ich polityka od lat. Zawsze znajdowano argumenty, by nie podejmować konfrontacji z Brukselą. To pokazuje, jak słabe jest nasze państwo, jeśli chodzi o aparat władzy. Podobnie było w przypadku planów likwidacji WSI. Nastawienie również było takie, żeby tego nie ruszać, nie zepsuć struktury służb itd. Trzeba sobie tymczasem zadać pytanie: ilu oficerów WSI zajmowało się rozpracowywaniem opozycji, działaniami na styku polityki i gospodarki w kraju, a ilu zajmowało się ochroną kontrwywiadowczą państwa? Dwie osoby zajmowały się ochroną kontrwywiadowczą od strony Wschodu. To państwo po prostu nie funkcjonowało. Byliśmy otwarci jak stodoła na infiltrację służb rosyjskich i innych. To pokazuje, jak olbrzymia jeszcze praca przed nami, by postawić struktury państwowe na nogi. Jednak wielu ludzi w Polsce boi się tego, boi się odsłonięcia tej kurtyny. Dlatego tak wściekle nas atakują.
Bo boją się, że rzeczywiście utrzymacie władzę na wiele lat?
JB: - Ponieważ obawiają się, że powolutku, krok po kroku odsłonimy tę kotarę...
...odsłaniającą "układ"?
JB: - No właśnie. Odsłonimy przede wszystkim słabość państwa, słabość porównywalną do krajów Trzeciego Świata...
III RP to państwo Trzeciego Świata?
JB: - Ja mówię o słabości nie w sensie ekonomicznym, ale o państwie przeżartym korupcją, o niefunkcjonujących instytucjach, które w normalnych demokracjach stanowią o sile państwa. Jednak takie słabe państwo jest właśnie potrzebne niektórym osobom. Umożliwia bowiem niesamowity wzrost bogactwa pewnych grup społecznych, nieproporcjonalny do zasług i pracowitości. Taka sytuacja umożliwia rozkwit fortun oligarchów, co obserwowaliśmy po 1989 roku. Czy to owoc ich pracowitości, talentów? Nie, to po prostu zasługa dostępu do polityków. To przykład Aleksandra Gawronika. Te fortuny wyrosły głównie na wypompowaniu publicznych pieniędzy bądź przejęciu za bezcen np. firm państwowych, czyli majątku narodowego. Takie działania są możliwe właśnie wtedy, gdy państwo jest słabe. Dziś na salonach władzy w Belwederze nie widać oligarchów. Dlaczego? Czy dlatego, że PiS ma fobię wobec biznesmenów? Oczywiście, że nie. Popieramy bogacenie się Polaków, ale pod warunkiem, że to bogactwo jest owocem ciężkiej pracy, czasami całego pokolenia, talentów, a nie związku z polityką...
Dziękuję Państwu za rozmowę.
Dodane przez wybory
dnia wrzesień 08 2007 21:48:10 ·
0 Czytaj dalej-komentuj-oceń ·
1345 Czytań ·
Ciekawe? Skopiuj odnosnik do tej strony i podaj dalej
Minister sprawiedliwości zarzucił Lepperowi kłamstwo i na dowód tego przekazał prokuraturze dyktafon z nagraniem zapisu całej rozmowy. Biegli z ABW potwierdzili autentyczność nagrania. Niezależne ekspertyzy ma też przygotować policja niemiecka, a być może również FBI.
Jako że kampania wyborcza do Sejmu zbliża się już do półmetka, Kot Sylwester, nasz niezależny wyborczy komentator, ekspert ds. wieszania myszy na hakach, postanowił wziąć się ostro do pracy. A że w modzie ostatnio lustracja, to i on postanowił dokładnie przyjrzeć się kandydatom.
Jacek Karnowski: Czy według Pańskiej wiedzy, Panie Prezydencie, zatrzymanie Janusza Kaczmarka i Konrada Kornatowskiego, byłego szefa MSWiA, byłego szefa policji, ma solidne podstawy prawne? Lech Kaczyński: - To znaczy więcej niż solidne.
Władze poszczególnych partii politycznych powinny poważnie przemyśleć problem umieszczania kobiet na swoich listach wyborczych. Choćby Platforma Obywatelska - ma ostatnio aż nadto kłopotów z płcią nadobną
Liderowi Platformy Obywatelskiej znów się nie udało. Tak przynajmniej twierdzi szkocki tygodnik Sunday Mail. Wojażujący po Wielkiej Brytanii Donald Tusk nie namówił bramkarza Celtiku Glasgow - Artura Boruca, do wsparcia kampanii wyborczej PO.
Prawo i Sprawiedliwość kontra pozostałe partie - tak przedstawia obraz rozwijającej się kampanii wyborczej premier Jarosław Kaczyński. Platforma Obywatelska nie straszy już Prawa i Sprawiedliwości sądem, lecz wzięła się za podpisywanie swoich billboardów. PiS zaprezentowało natomiast film wyborczy, który od poniedziałku będzie można obejrzeć w telewizji.
Opozycja chce, aby parlament pracował podczas kampanii wyborczej.
Roman Giertych robi, co może, by odwlec zaplanowane głosowanie nad skróceniem kadencji Sejmu.
Powróci era Leszka Millera!
Powrócą chwasty,
które siał Czarzasty;
Tylko dewotki nie chcą Sobotki!
Filmowy Lew, z Opola Lwica;
- ma się czym chwalić polska lewica!
Nie boi się haka,
kto zna Kiszczaka!
Dla nas się liczy tylko klasyka, czytamy Urbana albo Michnika.