Ciernista droga do IV RP
Jan Maria Jackowski
Od wyborów parlamentarnych 2005 r. jesteśmy świadkami przyspieszenia tempa wydarzeń w Polsce. Zapewne ten ważny moment w najnowszych dziejach Polski będzie przez najbliższe lata przedmiotem licznych analiz i komentarzy, a także poważnych prac historycznych i politologicznych. W świadomości społecznej już się utrwala jako "era Kaczyńskich" oraz walka "starego układu" z "nowym porządkiem", czyli Polski Rywina z Polską CBA. Jak na razie jednak uwaga opinii publicznej jest skoncentrowana na kampanii wyborczej. Stosunkowo niewiele komentuje się wydarzenia bezpośrednio poprzedzające wybory parlamentarne. W zasadzie nie ma też rzetelnej debaty na temat plusów i minusów partii rządzącej oraz analizy powyborczych scenariuszy z punktu widzenia interesu kraju, a nie partykularnego interesu PiS.


Podobnie jak wielu Polaków z mieszanymi uczuciami oglądałem w telewizji debatę w sprawie skrócenia kadencji Sejmu. Dzień 7 września 2007 r. to jednak jakieś przyznanie się do porażki i niezdolności do współpracy. Kończący swój żywot Sejm V kadencji pod względem politycznym był odmienny od poprzedniego, gdyż stwarzał możliwość różnych koalicji i konfiguracji i wcale nie wyczerpał swoich możliwości. Większość sejmową - po latach dominacji lewicy i postkomunistów - stanowili przecież posłowie o poglądach niepodległościowych, solidarnościowych, konserwatywnych, ludowych, chrześcijańsko-demokratycznych, narodowych.
Była zatem szansa na budowanie Polski na miarę marzeń wielu rodaków. Zawiedli jednak przywódcy. Przez ostatnie dwa lata często byliśmy świadkami braku partnerskiej współpracy, nieustających kryzysów i uprawiania polityki "haków". Były osiągnięcia i sukcesy, ale też zamiast dialogu - konflikty, zamiast roztropnej troski o dobro wspólne - partykularne interesy partyjne, zamiast odpowiedzialności - osobiste ambicje i specyficzne cechy charakteru niektórych liderów. Obóz patriotyczny, mając niejako pełnię władzy i deklarując ambitny program naprawy Rzeczypospolitej, jakby nie był w stanie sprostać historycznemu wyzwaniu, które wzbudziło nadzieję u milionów Polaków. Na własne życzenie zaryzykował oddanie władzy i powierzenie przyszłości Polski w ręce innych.
Zdumiewająca i złowieszcza była owacja na stojąco posłów PiS po tym, jak okazało się, że doszło do samorozwiązania parlamentu. To, że posłowie SLD mieli powody do radości, to nie dziwi. W końcu 377 posłów - w tym prawie wszyscy posłowie Prawa i Sprawiedliwości - poparło projekt uchwały w sprawie skrócenia kadencji przygotowany przez postkomunistów, zawarty w druku sejmowym nr 2074, w którego uzasadnieniu napisano między innymi: "Od dwóch lat, od chwili objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, Polską wstrząsają narastające kryzysy polityczne. (...) Nie ma miesiąca, żeby opinia publiczna - nie tylko krajowa, ale i europejska oraz światowa - nie dowiadywała się o niekompetencji, skandalach i korupcji, których źródła tkwią w układzie rządzącym. (...) Państwo w niepokojący sposób traci zdolność rozwiązywania problemów społecznych. Od wielu tygodni trwa ciężki kryzys w służbie zdrowia, którego skutkiem są protesty lekarzy i pielęgniarek. Psuciu ulega system edukacji. Państwo stało się represyjne i wrogie swoim obywatelom. Coraz gorszej jakości prawo stanowione jest na użytek celów partyjnych, często ideologicznych, a instytucje prawne podporządkowywane są rządzącej partii".
Ktoś powie, to nieważne, jakie było uzasadnienie, liczy się skutek, a chodziło przede wszystkim o zakończenie V kadencji. W perspektywie doraźnej, taktycznej można tak uważać, lecz oceniając czyny, bada się również intencje. Sokrates w swej ponadczasowej maksymie napomina: cokolwiek czynisz, czyń rozważnie i patrz na skutki. Poza tym w polityce trzeba uważać także na uzasadnienia, które nie mają wyłącznie wymiaru symbolicznego, tym bardziej, że znaczna część społeczeństwa nie popiera PiS, a diagnozę zawartą w uzasadnieniu może odbierać jako prawdziwą przyczynę samorozwiązania parlamentu.
Nasuwa się także pewna analogia historyczna do pamiętnego rozwiązania Sejmu I kadencji w 1993 r. przez prezydenta Lecha Wałęsę po tym, jak rząd Hanny Suchockiej nie uzyskał wotum zaufania, gdyż jego zaplecze polityczne było skłócone. Wówczas - w wyniku przyspieszonych wyborów - na kilkanaście lat środowisko postkomunistyczne przejęło władzę. W 1995 roku Aleksander Kwaśniewski wygrał rywalizację o prezydenturę z Lechem Wałęsą (jego przegraną w niektórych środowiskach prawicowych przyjęto z nieukrywaną radością) i mógł skutecznie wetować wiele ważnych ustaw rządu awuesowskiego. Dzięki temu w sprawach zasadniczych, mimo rządów solidarnościowych, kontrola nad państwem pozostała w latach 1997-2001 nadal w rękach postkomunistów. Dopiero takie skandale, jak afera Rywina czy starachowicka, doprowadziły do przegrania przez SLD wyborów w 2005 roku i możliwości przejęcia władzy przez obóz patriotyczny.

Prawica - lewica
Oceniając ostatnie dwa lata rządów, trzeba stwierdzić, że nastąpiła pozytywna zmiana klimatu debaty społecznej. W przestrzeni publicznej jest przywracana pamięć ważnych wydarzeń z życia narodowego i wielu bohaterów pomijanych po 1989 roku. Jak najbardziej należy docenić pracę na rzecz krzewienia cnót obywatelskich i przywracania pamięci narodowej. Obecnie znacznie silniej są słuchane głosy krytyków ładu okrągłostołowego i następuje odmitologizowanie "jedynie słusznego" modelu transformacji ustrojowej i gospodarczej, który utrwalany przez politycznie poprawną "propagandę sukcesu" był realizowany po 1989 roku. Upomniano się o tych, którzy nie byli beneficjentami przyjętego modelu transformacji ustrojowej, a więc znacznej części społeczeństwa ponoszącej koszty przemian, ale nieuczestniczącej w korzyściach z nich płynących.
Partii Jarosława Kaczyńskiego udała się polaryzacja społeczeństwa i podział Polski na zwolenników III RP i zwolenników IV RP. Hasła solidaryzmu społecznego przeciwstawiono liberalizmowi. W sposób przekonywający wykazano determinację w walce z korupcją i patologicznymi układami Polski pookrągłostołowej. Rewolucyjny patos, odkrywanie kolejnych afer i agentów oraz utrzymywanie opinii społecznej w stanie permanentnego oczekiwania na "wielki przełom" skutecznie jednak odwracają uwagę opinii społecznej od merytorycznej oceny jakości obecnych rządów w aspekcie skali problemów, przed jakimi stoi nasze państwo.
A przecież Polce potrzebna jest modernizacja kraju, by był zdolny do funkcjonowania wobec wyzwań związanych z globalizacją i naszym członkostwem w Unii Europejskiej. Jeżeli nie będzie takiej szybkiej i mądrej modernizacji, to zostaniemy ostatecznie zepchnięci na peryferie utrwalającego się obecnie systemu międzynarodowego i skazani na rolę podwykonawców, rynku zbytu dla gorszych towarów i rezerwuaru tańszej siły roboczej. Teraz była szansa, bo Polska jest na ścieżce szybkiego wzrostu gospodarczego i nadwyżki mogły być użyte na unowocześnienie kraju. Są też inne obszary wymagające profesjonalnego zarządzania krajem, jak naprawienie sektora opieki zdrowotnej, reforma systemu emerytalnego czy przeciwdziałanie dramatycznej zapaści demograficznej i skutkom masowej emigracji zarobkowej. W tych wszystkich obszarach rząd Jarosława Kaczyńskiego nie bardzo ma się czym pochwalić.
I, niestety, nie było szans na rzeczową dyskusję o tych wszystkich sprawach, gdyż opozycja koncentruje się na agresywnej i nierzeczowej krytyce, dostrzegalna jest również niechęć elit. Obóz rządzący, który ma stosunkowo krótką ławkę kadrową, zachowuje się wobec tej sytuacji jak "oblężona twierdza" i wszelkie głosy krytyczne traktuje jak "wściekłe ataki" i "kontruderzenie starego układu". Zamiast się otwierać i szukać szerszego poparcia - na co zwracał uwagę prof. Zdzisław Krasnodębski - zamyka się, traci impet oraz zdolność merytorycznego rozwiązania problemów i dylematów, przed jakimi stoi Polska. Rządzenie 40-milionowym państwem i budowanie nowej Rzeczypospolitej wymaga poszerzenia podstawy władzy (por. Zdzisław Krasnodębski, "Dla IV RP nie ma żadnej alternatywy", "Rzeczpospolita", 15.03. 2007). Wymaga wsparcia środowisk opiniotwórczych oraz szerokiego zaplecza kadrowego, kompletowanego na zasadzie kryteriów moralnych, wiedzy i kompetencji, a nie tylko ślepego posłuszeństwa i kombatanctwa, noszenia w przeszłości teczki za kimś obecnie ważnym.
Prawo i Sprawiedliwość jest partią opartą na charyzmie jej przywódcy oraz hierarchicznej strukturze. Jest w niej "partia wewnętrzna", stanowiąca podstawę aparatu partyjnego i składająca się z wąskiego kręgu osób wywodzących się z heroicznego okresu Partii Centrum z początku lat dziewięćdziesiątych. Systematyczne zwiększanie liczby członków PiS na przestrzeni ostatnich lat spowodowało, że ścisłe kierownictwo tej formacji doprowadziło do zmiany statutu partii w ten sposób, że podmiotowość struktur lokalnych została bardzo ograniczona, gdyż to prezes PiS ma istotne kompetencje personalne na poziomie okręgu. Nieufność jako zasada oraz kryterium ślepej lojalności skutkuje "wycinaniem" indywidualności posiadających dorobek i własne zdanie. Promowane są najchętniej osoby, które tylko bezkrytycznemu posłuszeństwu zawdzięczają swą pozycję w partii i życiu publicznym i poza PiS trudno by im było zrobić taką karierę. Ta polityka kadrowa spowodowała, że "słabła pozycja dawnych generałów - silnych osobowości, które jak Ludwik Dorn, Kazimierz Ujazdowski czy Marek Jurek, odgrywały istotną rolę w opozycyjnym klubie PiS w latach 2001-2005, rosła zaś oficerów - Marka Kuchcińskiego, Przemysława Gosiewskiego czy Joachima Brudzińskiego. Z czasem jednak, zwłaszcza po odejściu Marcinkiewicza i Jurka oraz faktycznej marginalizacji Dorna i Ujazdowskiego - nadszedł czas sierżantów, takich jak Karol Karski czy Adam Hofman" (Rafał Matyja, "Ujarzmianie sytuacji", "Dziennik", 22-23.09.2007).
PiS na przestrzeni sześciu lat istnienia traci też swój wielonurtowy charakter, choć Jarosław Kaczyński deklaruje, że chciałby, aby było jedyną, ogromną i wielonurtową partią prawicową. Tymczasem wyraźnie osłabione, by nie powiedzieć, że wyeliminowane, jest skrzydło konserwatywne i narodowe. Problem PiS polega również i na tym, że jego działacze, zwłaszcza w terenie, mają oblicze bardziej prawicowe niż niektórzy liderzy. Lech Kaczyński prezentuje poglądy, które - poza konsekwentnym antykomunizmem i silnymi postpepesowskimi poglądami niepodległościowymi - mogłyby się zmieścić w spektrum dawnej Unii Wolności. Ze swym zauroczeniem mitem "szklanych domów" z "Przedwiośnia" Żeromskiego jest znacznie bardziej na lewo od brata Jarosława. Według znanego konserwatysty prof. Jacka Bartyzela, który nakreślił profil ideowy Prawa i Sprawiedliwości, "w rzeczywistości formacja ta w swoim głównym - postsolidarnościowym, a bezpośrednio wywodzącym się z Porozumienia Centrum - trzonie, wpisuje się w ultrademokratyczną metanarrację ideologiczną, której ojcem założycielem był Rousseau, a pierwszymi praktykami francuscy jakobini. Jądrem tej ideologii jest wczesnonacjonalistyczna (w literaturze naukowej nazywana nacjonalitaryzmem) koncepcja suwerennego i 'uzbrojonego' ('do broni, obywatele!') ludu - narodu, którego rewolucyjna awangarda, patriotyczna i nieprzekupna, heroicznymi aktami woli poskramia wrogów Republiki, zdrajców i złodziei. (...) Przynajmniej do czasów pojawienia się socjalizmu, takie poglądy jak Jarosława Kaczyńskiego były normą dla całej europejskiej lewicy, i to skrajnej lewicy. Wyznawali je nie tylko Robespierre czy w XIX wieku Gambetta, ale jeszcze na początku XX wieku neojakobiński 'Tygrys' Clemenceau - patriota żarliwy i niewątpliwie 'mocny człowiek' Republiki. Dlaczego zatem PiS budzi dzisiaj taką odrazę w 'postępowej' Europie i jest desygnowane jako 'skrajna prawica'? Ten pozorny paradoks jest łatwy do wytłumaczenia: wyjaśnia go ewolucja współczesnej lewicy, która porzuciła jakobiński nacjonalitaryzm i przeszła na pozycje kosmopolitycznego socdemoliberalizmu" (Jacek Bartyzel, "Na gruzach 'rewolucji moralnej'", "Rzeczpospolita", 31.03-1.04.2007).
Prawo i Sprawiedliwość uchodzi mimo to za partię prawicową, głównie dzięki radykalnym postulatom antykomunistycznym i antykorupcyjnym. Jednak z punktu widzenia myśli klasycznej niezrozumienie dla spraw rodziny utożsamianych z równouprawnieniem kobiet i niechęć do ochrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci, a także elementy populizmu, podejrzliwy stosunek do własności prywatnej, wolności gospodarczej czy bogacenia się obywateli, wskazuje na coś przeciwnego. W rzeczywistości tę formację cechuje raczej daleki od prawicowości kult silnego scentralizowanego państwa, które organizuje i kontroluje wszelkie przejawy życia społecznego, gospodarczego, politycznego, a nawet ingeruje w rzeczywistość kościelną, choćby poprzez próby lustracji duchownych przy pomocy instytucji państwowych. Charakterystyczne jest używanie hasła "solidarne państwo", a nie "solidarna Polska", co dobitnie świadczy o przeniesieniu akcentu z Polski jako wspólnoty zorganizowanych w rodziny Polaków, wobec których państwo jest służebne, na państwo, które wie lepiej, co jest dobre dla obywateli, wobec którego obywatele mają być bezwzględnie lojalni. W myśli prawicowej akcent jest tymczasem położony na silną wspólnotę składającą się z rodzin, środowisk zawodowych, społecznych, stowarzyszeń, społeczności lokalnych, "małych ojczyzn" złączonych jednością wiary, moralności i reguł cywilizacyjnych, w stosunku do których państwo spełnia przede wszystkim zadanie rozważnego gwaranta ich "wolności konkretnych" i strażnika dobra wspólnego.

Tradycja niepodległościowo-sanacyjna
Jarosław Kaczyński jak na razie na arenie krajowej odnosi same sukcesy polityczne. Wynika to w dużej mierze ze słabości największej partii opozycyjnej Platformy Obywatelskiej oraz ze zręczności narzucania stylu i tematyki debaty publicznej.
Opozycja zepchnięta została do socjotechnicznej defensywy. Nie jest w stanie skutecznie osłabić partii rządzącej, wykazując na przykład niezrealizowanie obietnic wyborczych z poprzedniej kampanii, jak choćby zapowiedź zbudowania 3 milionów mieszkań, taniego państwa, wyprowadzenia wojsk z Iraku czy wprowadzenia dwóch stawek podatkowych 18 i 32 procent. I choć wyborcy prawicowi i katoliccy, do których PiS przede wszystkim odwoływał się we wrześniu 2005 roku, mogą czuć się zawiedzeni, to nadal popierają tę partię. Mimo że nie przeprowadzono zapowiadanej hucznie lustracji, dekomunizacji, a nawet tak zwanej dezubekizacji (czyli pozbawienia przywilejów emerytalnych funkcjonariuszy peerelowskiego aparatu przymusu i represji), a bez tych działań, czyli moralnego oddzielenia Polski niepodległej od PRL, trudno proklamować IV RP.
Osobnym wątkiem jest umiejętność wyjścia z kryzysu po niejasnej i ewidentnie sprzecznej z deklaracjami postawie ścisłego kierownictwa PiS w fundamentalnej kwestii ochrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci. Sprawa jest tym bardziej bolesna, że przecież podczas pamiętnych głosowań 13 kwietnia 2007 r. była szansa na historyczną zmianę Konstytucji. Jednak tylko 44 proc. członków Klubu Parlamentarnego PiS głosowało za wnioskiem o uzupełnienie art. 38 o słowa "od momentu poczęcia do naturalnej śmierci". Dla porównania, za tą poprawką głosowało 100 proc. posłów LPR, 72 proc. posłów PSL, 61 proc. posłów Samoobrony. Biskupi polscy w "Słowie przed wyborami parlamentarnymi 2007 roku" z 3 października 2007 r. napisali do wiernych między innymi: "Ojciec Święty Benedykt XVI przypomniał nam ostatnio szereg wartości niepodlegających żadnym negocjacjom. Są to: szacunek i obrona ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, rodzina oparta na trwałym małżeństwie mężczyzny i kobiety, prawo-obowiązek rodziców do wychowania dzieci oraz promocja dobra wspólnego we wszystkich jego formach (por. SC 83). W wyżej wymienionych kwestiach i w wielu innych nie może być mowy o kompromisie".
Konsekwencją niezrozumiałych i sprzecznych z zapowiedziami z kampanii 2005 r. w sprawie ochrony życia ludzkiego działań ścisłego kierownictwa PiS podczas kwietniowych głosowań była rezygnacja Marka Jurka z funkcji marszałka Sejmu oraz pęknięcie programowe między "oficjalnym" PiS a LPR. PiS mimo mętnej postawy wobec ochrony życia nadal udaje się utrzymać pozycję skutecznego wyraziciela prawicowej i katolickiej części wyborców. W dużej mierze za sprawą teorii "mniejszego zła", czyli świadomości istnienia poważnych znaków zapytania, ale głoszenia tezy, że inni są jeszcze gorsi. Istotne też jest ugruntowane przekonanie o braku realnej alternatywy i postawa, że wobec zagrożenia ze strony liberałów i postkomunistów w wyborach nie można "marnować głosu".
Poza tym PiS umiejętnie się odwołuje do retoryki patriotycznej, niepodległościowej i katolickiej. Na potrzeby sprawowania władzy używana jest "polityka historyczna", a więc działanie polegające na interpretowaniu przeszłości w perspektywie bieżących celów politycznych. Przy czym - odnosząc się do historii II Rzeczypospolitej - preferowana jest tradycja niepodległościowo-sanacyjna ze zręczną i wybiórczą adaptacją wątków narodowych, co ma sprawiać wrażenie tworzenia pewnej syntezy idei państwowej Józefa Piłsudskiego z ideą narodową, stworzoną przez obóz Romana Dmowskiego.
Program działania sanacji - przed wojną będącej w opozycji do obozu narodowego - zakładał odnowę moralną i uzdrowienie życia publicznego państwa. W praktyce nierzadko oznaczał niekompetentne rządy i ograniczenie demokracji, a także brutalne traktowanie przeciwników ideowych i politycznych, jak choćby krwawy zamach majowy 1926 r. w sposób oczywisty sprzeczny z konstytucyjnym porządkiem Rzeczypospolitej. Istniało też coś takiego jak mściwość władzy jako zasada działania. Znana jest historia jednego z gimnazjów warszawskich, które nie otrzymało dotacji państwowej po tym, jak na jednej z uroczystości szkolnych 7 dziewczynek z rodzin pozostających w opozycji do rządów sanacji nie wstało, gdy była wykonywana pieśń "My, Pierwsza Brygada".
Historia się nie powtarza, ale pewne analogie i porównania do czasów międzywojennych występują. Niektórzy publicyści już przed dwoma laty porównywali Lecha Kaczyńskiego do Józefa Piłsudskiego. Kult silnego państwa (oparty na wywodzącej się z oświecenia lewicowej idei etatystycznej z nieufnymi wobec obywateli "komisarzami Republiki" kontrolującymi całokształt życia publicznego), wyraziste przywództwo, nieprzekraczalny dogmat nieomylności ścisłego kierownictwa, polityka zagraniczna przedstawiana na forum wewnątrzkrajowym w stylistyce "nie oddamy guzika" (jak choćby szumnie zapowiadany sprzeciw wobec konstytucji europejskiej, dziś sprowadzony do niewiele znaczącej dyskusji o Joanninie, w świetle zagrożeń związanych z wizją utworzenia superpaństwa europejskiego, o ile nie zostanie zablokowany cały traktat konstytucyjny) to czytelne reminiscencje historyczne.
Do rangi symbolu "polityki historycznej" urasta ogłoszona we wrześniu 2007 r. decyzja Ministerstwa Sprawiedliwości. Odmówiono w niej pozytywnego rozpatrzenia wniosku grupy działaczy PS oczekujących unieważnienia wyroku na Wincentego Witosa, skazanego przed wojną w będącym jedną z najciemniejszych kart II Rzeczypospolitej procesie brzeskim z przełomu 1931/1932 roku. W wyniku brutalnej akcji, wykorzystując rozwianie parlamentu i wygaśnięcie immunitetów poselskich, aresztowano i skazano wówczas z powodów politycznych kilkunastu polityków, w tym trzykrotnego premiera Wincentego Witosa. Odmawiając rehabilitacji, resort powołał się na carski kodeks karny z 1903 roku. "W stanie faktycznym sprawy, ustalonym przez sąd I instancji i zaakceptowanym przez sąd odwoławczy (w 1932 r.), zachowanie p. Wincentego Witosa i pozostałych oskarżonych, z formalnego punktu widzenia, wyczerpywało znamiona rosyjskiego kodeksu karnego z 1903 r." - stwierdzono w uzasadnieniu. Jednocześnie w tym samym czasie Jarosław Kaczyński, chcąc w wyborach pozyskać wiejski elektorat, przemawiał do rolników na specjalnym kongresie w Wierzchosławicach, przywołując zasługi legendarnego przywódcy ruchu ludowego. Komentatorzy sprawę oceniali jako zwycięstwo przywiązania nawet do elementów czarnego dziedzictwa sanacyjnego kosztem bezsprzecznych zasług Wincentego Witosa.

Powyborcze układanki
W świetle obiegowych opinii wybory ma szansę wygrać Prawo i Sprawiedliwość, ale może nie dysponować bezwzględną większością, by samodzielnie sformułować następny rząd. Według części komentatorów, rząd będzie tworzyła koalicja PO - LiD. Być może PO - PSL z mniej lub bardziej oficjalnym wsparciem LiD. Wszystko będzie zależało od wyniku wyborów. Partia Jarosława Kaczyńskiego będzie najprawdopodobniej potrzebowała koalicjanta, ale z tym może być kłopot. Chyba że zwycięży opcja "okopania się na z góry upatrzonych pozycjach" i rola silnej i twardej opozycji wpieranej wetem prezydenta, która toruje drogę do następnej kadencji prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego i powrotu PiS do władzy po kolejnych wyborach parlamentarnych. Kluczem do bycia naprawdę silną opozycją jest zdobycie przynajmniej 185 mandatów poselskich, bo tylko wtedy istnieje skuteczna możliwość używania weta prezydenckiego, do którego odrzucenia, zgodnie z Konstytucją, potrzeba 276 głosów.
Wróćmy jednak do koncepcji powyborczego szukania większości dla rządu formułowanego pod auspicjami PiS. Niektórzy powiadają, że w tych wyborach chodzi o to, aby "wyciąć przystawki" (niedawnych koalicjantów LPR i Samoobronę), które mogą mieć problemy z przekroczeniem 5-procentowego progu i wejścia do następnego Sejmu. Poziom niechęci, by nie powiedzieć, że nienawiści dawnych koalicjantów, jest porażający. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że gdyby nie Andrzej Lepper, który apelował do swoich wyborców, by w drugiej turze głosowali na Lecha Kaczyńskiego, brat premiera nie zostałby prezydentem RP. Gdyby nie głosy LPR i Samoobrony, Jarosław Kaczyński nie byłby premierem i nie zostałyby uchwalone ustawy, którymi dziś w kampanii wyborczej tak bardzo PiS się szczyci, przypisując sobie pełną zasługę. Szkoda, że dziś dawni koalicjanci mówią o sobie wyłącznie źle i walczą ze sobą, podrywając tym samym szacunek dla własnych dokonań.
Paradoksalnie ta "wojna" może jednak pomóc w przekroczeniu progu wyborczego, szczególnie LPR. Ta partia według niektórych wyborców może i błądzi, ale jednak wiernie stoi na "straży interesu narodowego", tym bardziej że coraz częściej wraca koncepcja wspólnych rządów PO i PiS, oznaczająca dla prawicowych wyborców w zmienionych szyldach coś na kształt koalicji AWS i Unii Wolności. Jeżeli w wyniku wyborów miałby powstać rząd PO - PiS, to po co w ogóle były wybory, przecież już w Sejmie V kadencji można było sformułować taki rząd. Co prawda napięcia między Platformą a PiS osiągnęły szczególnie wysokie natężenie, ale znając zdolność niebywale pragmatycznych zmian sojuszy przez Jarosława Kaczyńskiego i jego umiejętność uzasadniania takich wolt "zmieniającymi się okolicznościami", byłoby to możliwe.
Jarosław Kaczyński deklaruje, że jego rząd z udziałem Platformy może powstać tylko wtedy, gdy PiS wygra wybory. Z kolei Donald Tusk powtarza, że rząd PO - PiS mógłby powstać, ale pod warunkiem, że to Platforma sięgnie po laur zwycięstwa. Po co te zapowiedzi, skoro obaj liderzy doskonale wiedzą, że pierwsze miejsce na podium jest tylko jedno? Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że zdolność koalicyjna PO jest znacznie większa niż PiS. Donald Tusk już proponuje po wyborach rozmowy o przyszłym rządzie PiS, PSL i LiD. Wie, że nawet jeśli przegra wybory, i tak będzie na pozycji obrotowej, gdyż w zależności od liczby mandatów zdobytych przez poszczególne partie będzie mógł formułować rząd albo z PiS, albo z Lewicą i Demokratami oraz ewentualnie PSL. Jarosław Kaczyński z dawnymi koalicjantami jest skłócony, a poza tym zapowiada, że nie przekroczą progu wyborczego. Z LiD nie zawrze koalicji z przyczyn oczywistych (choć może stamtąd próbować "wyrwać" jakichś posłów), a Platforma jest przez niego traktowana jako główny wróg w kampanii wyborczej. Koalicja z PSL może mieć za mało głosów, a poza tym ludowcy pomni doświadczeń "przystawek" będą woleli uniknąć "pocałunku śmierci" ze strony Prawa i Sprawiedliwości.

Czy będą następne przyspieszone wybory?
Z zapowiedzi premiera wynika, że w Prawie i Sprawiedliwości jest poważnie brany pod uwagę po wyborach scenariusz tworzenia gabinetu PiS-owskiego z częścią posłów PO, ale bez Donalda Tuska. Prawo i Sprawiedliwość w tych wyborach wyraźnie dryfuje w stronę PO, choć najbardziej walczy z tą partią. Uznało, że prawą flankę już i tak ma, a niepewność co do przyszłości LPR spowoduje, że prawicowi wyborcy, nie chcąc "marnować głosu", nawet zgrzytając zębami, i tak będą głosowali na partię Jarosława Kaczyńskiego. Na listach PiS zostali wycięci albo umieszczeni na niższych miejscach kandydaci znani w środowiskach konserwatywnych, narodowych, katolickich. Anna Sobecka, której obiecywano 1. miejsce, ostatecznie otrzymała dopiero 3. pozycję na liście toruńskiej PiS. Za to są eksponowani dawni politycy Platformy Obywatelskiej, a przy tym ministrowie w rządzie Kaczyńskiego, tacy jak Zyta Gilowska, Grażyna Gęsicka czy Zbigniew Religa, b. działacze Unii Wolności, jak i b. szefowa gabinetu prezydenta Kaczyńskiego, a obecnie minister sportu Elżbieta Jakubiak, znana z feministycznych poglądów minister Joanna Kluzik-Rostkowska czy jeden ze współzałożycieli Platformy Obywatelskiej Maciej Płażyński. Bardzo wysokie miejsce w Warszawie na listach PiS otrzymała żona Jana Rokity, Nelly Rokita-Arnold.
Kampania wyborcza od strony socjotechnicznej została zatem ustawiona w ten sposób przez PiS, by osłabiać Platformę i Donalda Tuska. Z jednej strony poprzez konstrukcję list, które mają przyciągać wyborcę centrowego, a z drugiej poprzez przypominające marketingowe fajerwerki w rodzaju telewizyjnej debaty Kaczyński - Kwaśniewski. Polityka osłabiania Platformy przypomina jednak mimo wszystko "wzmacnianie lewej nogi" przez Lecha Wałęsę. Dla wielu prawicowych wyborców reaktywacja i dowartościowywanie, a nawet promocja "Mojżesza lewicy" i "ojca chrzestnego" III RP było niemiłym zaskoczeniem, szczególnie po osławionym wykładzie w Kijowie i wywiadzie dla "Vanity Fair", w którym postulował zaostrzenie kursu wobec Polski przez Niemcy. Wyraźnie nie poruszano niewygodnych tematów dla obu polityków, a sama "ustawiona" debata wzmocniła moralnie i politycznie Lewicę i Demokratów, niewątpliwie pomogła też Prawu i Sprawiedliwości w marginalizacji PO. To, co jednak jest dobre dla PiS, niekoniecznie jest jednak dobre dla Polski, gdyż został autoryzowany charakterystyczny dla III RP projekt polityczny polegający na sojuszu postkomunistów i środowiska dawnej Unii Wolności, czyli dawny pomysł Michnika marzącego już w czasach Okrągłego Stołu o wspólnej partii "oświeconej" lewicy solidarnościowej z "liberalnymi" działaczami PZPR. Po tej debacie Kaczyński - Kwaśniewski przed LiD otworzyła się szeroka perspektywa na przyszłość.
Winston Churchill mawiał, że polityk to ten, który umie przewidzieć, co będzie za tydzień, za rok i za 10 lat, a gdy to się sprawdzi, to będzie umiał wyjaśnić, dlaczego. Premier posiadł tę umiejętność, ale mimo to do dziś nie wiadomo, po co właściwie są te wybory. Trafną diagnozę metody politycznej premiera zawarł Rafał Matyja w cytowanym już tekście "Ujarzmianie sytuacji". Ten znany publicysta i politolog, twórca pojęcia IV Rzeczpospolita, pisał: "Kaczyński bez wątpienia obawiał się biegu zdarzeń, który cechował trzeci i czwarty rok rządów jego poprzedników, mniejszościowe rządy Buzka, Millera i Belki. Obawiał się rządzenia w rytmie kolejnych skandali, politycznych secesji, słabnącego prestiżu rządu. Od pierwszej chwili po zwycięstwie 2005 r. starał się być panem Sytuacji. Chciał określać terminy i przedmiot kolejnych kryzysów, dozować niepewność, zarządzać permanentną destabilizacją. Zawierał sojusze, by je nieoczekiwanie zrywać. Łudził sojuszników perspektywą długich rządów, a następnie ich atakował. Zapowiadał budowę silnego i szerokiego bloku, a dzień później dawał do zrozumienia, że w tym towarzystwie nie da się praktycznie rządzić. Ostatnie dwa lata pełne były takich zaskakujących zwrotów akcji, kryzysów koalicyjnych, nagłych dymisji, oskarżeń i pojednań" (Rafał Matyja, "Ujarzmianie sytuacji", "Dziennik", 22-23.09.2007). Bojąc się bezwładnego dryfu, sam siał wiatr, by zbierać burze i w ten sposób odwracał uwagę od niewygodnych tematów. Narzucał kierunek debaty z pełnym przekonaniem, że stosując taką metodę, będzie w stanie "przykryć" każdą wpadkę i pomyłkę personalną. Miał przekonanie, że całkowicie panuje nad sytuacją.
Być może życie w ciągłym stresie, nieustanna wojna ze wszystkimi, nawet z własnym zapleczem politycznym, i otwieranie kolejnych frontów walki doprowadziły do wyczerpania możliwości. Po wielu miesiącach napięcia bohaterowie są zmęczeni. Postanowili umyć ręce i przerzucić na wyborców brzemię odpowiedzialności za kraj. Dlatego sprowokowali widowiskowe przesilenie i zafundowali wyborczy spektakl, który w przypadku niemożności formowania następnego rządu pozwoli na honorową kapitulację i deklarację: chcieliśmy budować IV RP, ale nie uzyskaliśmy odpowiedniego poparcia. Czy to, co się obecnie dzieje, oznacza wywieszenie białej flagi, czy brawurową jazdę "po bandzie"?
Scenariusze powyborcze mogą być różne, ale życie jest bogatsze niż gry polityczne uprawiane w zaciszu gabinetów. Jarosław Kaczyński uruchomił bardzo ryzykowany mechanizm, który może doprowadzić do utraty przez niego kontroli nad sytuacją i wstrzymania realizacji projektu IV Rzeczypospolitej. Walka z dawnymi koalicjantami, wzmacnianie "lewej nogi" i operacja osłabiania PO wraz z zapowiedziami rozbicia tej formacji, co paradoksalnie ją wzmacnia wewnętrznie, może doprowadzić do powstania koalicji wszystkich przeciw PiS. Po tych wyborach może powstać też patowa sytuacja, a wtedy czekają nas kolejne przyspieszone wybory.
Jan Maria Jackowski
Dodane przez wybory dnia październik 11 2007 21:09:52 · 0 Czytaj dalej-komentuj-oceń · 880 Czytań ·



Ciekawe? Skopiuj odnosnik do tej strony i podaj dalej








Wróć do strony głównej < < WYBORY < <
Po wygranej Platformy Obywatelskiej wielki ruch zapanował na europejskich lotniskach. Lider zespołu Ich Troje Michał Wiśniewski (podobnie jak Władysław Bartoszewski z żoną) zwrócił już w kasie zakupiony niedawno bilet lotniczy w jedną stronę
Nie tylko Ich troje

W tej debacie zwyciężyła przede wszystkim prawda. Chociaż w zamęcie dyskusji, wzajemnych uszczypliwościach nie było łatwo jej się przebić. Pokazała się ona jednak w wielu argumentach i podsumowaniu premiera Jarosława Kaczyńskiego wystarczająco, żeby mogli to dostrzec wyborcy.
Same czary to za mało

- Taka Saba to ma dobrego pana. Będzie jej bronił w sądzie - pomyślał z rozczuleniem Kot Sylwester, nasz wyborczy ekspert i specjalista ds. nabijania myszy na haki.
Kot Sylwester na kawie u Saby

Roman Giertych i Andrzej Lepper słusznie pozazdrościli wyborczych debat Jarosławowi Kaczyńskiemu i Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, i domagają się ich organizacji także ze swoim udziałem, jako liderami partii, które zarejestrowały listy w kraju
Chcą debatować

Ponad 174 tys. Polaków zarejestrowało się na całym świecie, aby wziąć udział w wyborach
Wpis poprzez reklamację

- Byliśmy za becikowym i becikowe wymyśliliśmy, tylko uważaliśmy, że jak ktoś ma 1 mln zł dochodu rocznie, to ten 1 tys. zł nic mu nie pomoże i nie warto po prostu pieniędzy marnować. Cały plan przywracania porządku w polskich szkołach to był plan PiS, a nie plan pana Giertycha. Giertych robił to, co mu nakazywaliśmy - mówił premier.
Czy Giertych z Kurskim w sądzie

Dzik Andrzejek i jego partia Sameafery wraca do korzeni. Nie znaczy to, wbrew pozorom - zasmucił się nasz wyborczy ekspert Kot Sylwester
Kot Sylwester i blokady

Władze poszczególnych partii politycznych powinny poważnie przemyśleć problem umieszczania kobiet na swoich listach wyborczych. Choćby Platforma Obywatelska - ma ostatnio aż nadto kłopotów z płcią nadobną
Fatalne zauroczenie

Platforma Obywatelska domaga się wyjaśnienia, czy wspieranie kampanii wyborczej PiS przez KGHM jest zgodne z prawem. KGHM wsparła koncert w Chicago, podczas którego słowo do Polonii skierował przebywający z wizytą w USA prezydent Lech Kaczyński
To nie była kampania

Z Bartłomiejem Biskupem, politologiem z UW, rozmawia Izabela Borańska
Przegrana na własne życzenie

Kot Sylwester
Google